Kiedy dotarliśmy do rzeki, wsadziłam rękę do mojej torby poszukując papierosów. Zastałam tylko pustą, zgniecioną paczkę. Sięgnęłam do kieszeni Philipa i wyciągnęłam L&M, nie lubiłam ich tak bardzo jak Mallboro, ale musiałam zapalić. Gestem ręki poprosiłam o zapaliczkę Effy. Podała mi ją energicznie. Usiadłam na pieńku.
- Jest źle. - Powiedziałam
- Wiem, Jeck już tu sie nie pojawi - odparł Philip
- Nie o to chodzi, paczka fajek mi się skończyła, dzisiejszy napad będzie konieczny. - odpowiedziłam
Philip lekko się roześmiał.
- Która godzina? - zapytałam
- osiemnasta - odpowiedział
- Musimy się już szykować, wracajmy - powiedziałam jednocześnie wydmuchując dym z papierosa.
Poszliśmy dosyć wolno do naszej chatki. Była na prawdę dobrze zamaskowana., gdybym tam nie mieszkała, nie mogłabym znaleść do niej drogi. Na szczęście znałam ten las jak własną kieszeń.
- Idziesz jutro do szkoły, bo poniedziałek jest, prawda?- Zapytał
- Muszę, to jedyna rzecz jaką muszę. Matka patrzy tylko na to czy jestem w szkole, może mnie nie być w domu nawet miesiąc. Muszę jednak nocować w domu z środa - czwartek, moi rodzice wtedy wyjeżdżają i mam zająć się Simonem.
- Kim? - zapytał Philip
- Moja matka zrobiła sobie z moim ojczymem bachora, nic takiego, mam go w dupie, ale mszę - powiedziałam
Nie odpowiedział.
Kiedy już doszliśmy do naszej chatki rozejrzałam się i nigdzie nie było widać śladu Jecka. Cieszyłam się na tą myśl.
- Słuchaj, przykro nam to przyznać, ale nie pójdziesz z nami na napad. Jesteś w zbyt słabym stanie, co co przynieść? - zapytał Sheo
- Dobrze, nie mam nic przeciwko. Prosze dziesięć paczek Mallboro, i dziesięć paczek accodinów - odpowiedziałam
- Okej- Powiedzał Philip.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz